Województwo mazowieckie

Pożar w skansenie!
ikonka - drukuj drukuj
  • ikonka 4-31 maj 2015
ilustracja

Radośnie, gorąco i mokro – tak w trzech słowach mogę opisać naszą rodzinną majówkę w radomskim skansenie. Nie pamiętam kiedy ostatni raz tak dobrze się bawiliśmy. Był spacer po uroczej okolicy, wata cukrowa i oczywiście to, na co wszyscy czekali – pożar. Na szczęście – inscenizowany.

Pomysł wyjazdu do Radomia zrodził się w naszych głowach z dnia na dzień. Zwykle planujemy coś ze sporym wyprzedzeniem. Nic dziwnego. Rodzice z dwójką dzieci, z których jedno jest szkrabem, wkraczającym w okres buntu dwulatka. Drugie natomiast – dojrzewającą, dziesięcioletnią pannicą. Tym razem jednak postawiliśmy na „spontan”. Jak się okazało – było warto.

Do wyjazdu zachęciło nas hasło zaplanowanej na majowy weekend imprezy w Muzeum Wsi Radomskiej – „Pali się! Czyli majówka ze strażakiem Waldkiem w radomskim skansenie”. Kto z nas jako dziecko nie chciał nigdy zobaczyć strażaków w akacji?

Festyn zaplanowano na trzy dni. My do Radomia zawitaliśmy 1 maja. Przywitała nas parada wozów strażackich. Nie zabrakło ani tych najstarszych, już zabytkowych, jak i tych współczesnych. Ogromne wrażenie na dzieciach i dorosłych zrobił samochód, który będzie „pracował” na radomskim lotnisku.

Tego dnia każdy gość muzeum mógł poczuć się bezpiecznie, a to za sprawą krążących wokół strażaków – ochotników i zawodowych.  W strojach z epoki i w dzisiejszych mudurach. Wśród nich krążył też sławny druh Waldek – bohater festynu.

Poza tym maluchy mogły wziąć udział w konkursach z zakresu wiedzy pożarniczej oraz sprawnościowych. Podczas gdy na specjalnie na tę okazję zaaranżowanej scenie przed Kuźnią z Trębowca, jeden ze strażaków zadawał gościom muzeum pytania, np. o cichego zabójcę, jakim jest czad, ci spragnieni wrażeń mogli choć przez chwilę poczuć się jak panowie w mundurach. Przed zagrodą z Alojzowa niektórzy sprawdzali swoją skuteczność w strzelaniu wodą do celu z „sikawki”. Inni wyrabiali certyfikaty „dzielnego strażaka”. Sporą popularnością – u dużych i małych – cieszyła się też ścianka wspinaczkowa. Łatwo nie było, ale grunt to dobra zabawa, a nie wynik.

W międzyczasie każdy mógł udać się do pobliskiej karczmy na pyszne pierogi z mięsem czy też biały barszcz z kiełbaską lub spróbować serwowanej podczas festynu grochówki.  Wśród najmłodszych prym wiodła jednak wata cukrowa.

Główną atrakcją popołudnia był zainscenizowany przed zagrodą z Jastrzębi pożar z przełomu XIX i XX wieku. Wyglądał rzeczywiście dość realistycznie. Z wiadomych względów (i na szczęście) zabrakło prawdziwego ognia, ale za to dymu było co nie miara. Zewsząd dało się słyszeć lament i zawodzenie wiejskich kobiet. Jedna z nich biegała po podwórzu z zapaloną gromnicą, która według ówczesnych wierzeń miała uchronić z pomocą Bożą cały dobytek. Inne – trzymały w rękach wyniesione z domu święte obrazy. Dramatyzmu całej sytuacji dodawał chłopiec uderzający kijem w wiadro, które służyło dawniej jako narzędzie alarmowe.

Ludzie starali się ratować wszystko, co się dało: zwierzęta, sprzęt, ale przede wszystkim siebie. Stojąc tam i obserwując całe zdarzenie nie można było pozbyć się uczucia, że jesteśmy ogromnymi szczęściarzami żyjąc tu i teraz. Podczas pożaru liczy się czas. Każda minuta jest na wagę złota. Dziś mamy do dyspozycji telefony, nowoczesny sprzęt gaśniczy, specjalistyczne samochody, a przede wszystkim – świetnie przeszkolonych strażaków. Dawniej wszystko trwało dłużej. Zanim do wsi dotarli strażacy, ludzie musieli sobie radzić sami, a nie było łatwo. Tym bardziej, że budynki pokryte były strzechą, która bardzo szybko zajmowała się ogniem. Mieszkańcy gasili taki pożar używając wiader z wodą czy też odpowiednio zaizolowanych i wcześniej namoczonych w wodzie mioteł. Jest jednak coś, co łączy ówczesny świat z dzisiejszym. Jak podkreślił komentujący na bieżąco całe widowisko strażak, do tej pory to właśnie strażacy ochotnicy dojeżdżają na miejsce zdarzenia jako pierwsi. Tak było i  tym razem. Wjechali z zabytkowym wozem i przystąpili do działania. Każdy miał swoje zadanie. Czterech ręcznie pompowało wodę, dwóch trzymało drabinę, ktoś jeszcze trzymał w ręku sikawkę i polewał wodą płonący budynek. Na szczęście wszystko dobrze się skończyło.

Po inscenizacji przyszedł czas na relaks, a ponieważ  nic tak nie koi skołatanych nerwów jak dobra muzyka, zorganizowano prawdziwą wiejską potańcówkę. Do taktu przygrywała strażacka kapela, a parkiet szybko zapełnił się spragnionymi dobrej zabawy gośćmi muzeum. Tańczyli młodzi i starzy, zgodnie z powiedzeniem, że muzyka łączy pokolenia. I pewnie wszystko trwałoby dłużej, gdyby nie zbierający się od rana deszcz, który sukcesywnie wypraszał dobrze bawiących się gości. Na szczęście impreza trwała przez kolejne dwa dni, ciesząc się bardzo dużym zainteresowaniem.

My wróciliśmy do domu wieczorem. Zmęczeni podróżą, ale tak podekscytowani, że trudno było nam zasnąć. Spora dawka świeżego powietrza i dobra zabawa zrobiły swoje. I tylko jednej rzeczy nie mogę sobie darować, że jadąc do Radomia choć na chwilę nie zboczyliśmy z trasy, by choć raz poczuć smak białobrzeskich lodów. Ale nic straconego. Zawsze można wsiąść w auto i wyruszyć na południe, by odkryć kolejne urokliwe miejsca Mazowsza.

 

Elcia

e.albrechcinska@mazowszanie.eu 4-5-2015
Komunikat

Brak komentarzy dla tego wpisu

Fotogaleria

Strona używa cookie

Zamknij

Original text