Województwo mazowieckie

Kawałek Brazylii w środku Mazowsza
ikonka - drukuj drukuj
  • ikonka 29 maj-31 październik 2015
ilustracja

Capoeira Esporão – jedna z grup capoeiry na świecie, również jedna z kilku w Polsce. Raczej z tych, które łączą niż dzielą. W sobotę, 30 maja godz. 18.00 na Placu Zamkowym, zaraz obok kolumny Zygmunta będzie można zobaczyć, jak capoeiristas z różnych stron świata grają razem podczas rody (swoistego rytuału tworzonego w kręgu obowiązkowo przy dźwiękach tradycyjnych instrumentów i przy śpiewie uczestników). Ale capoeira to nie tylko sztuka walki czy taniec. To także misja wprowadzania czegoś więcej. Również w sobotę na barce Snu Pszczoły rozpocznie się o 22.00 impreza brazylijska, z której całkowity dochód przeznaczony jest na rzecz Fundacji „Movimento Esporão”.

O capoeirze i o tym, co w niej najważniejsze rozmawiamy z Mestre Marinaldo – założycielem grupy Esporão.

Co znaczy „esporão”?

Samo słowo oznacza ostrogę. Ale grupa ma nazwę od specyficznego kopnięcia w capoeira, które też się tak nazywa – zapewne w związku z kształtem, jaki się przy nim tworzy.

W takim razie, dlaczego właśnie od tego kopnięcia pochodzi nazwa grupy?

Jako uczeń należałem do grupy Arrastão – to również określenie na jedno z kopnięć w capoeira. Mój mestre powtarzał zawsze, że bardzo dobrze wykonuję to kopnięcie. A ponieważ są one dość zbliżone do siebie, to zdecydowałem się przyjąć taką nazwę. Tym bardziej, że chciałem podkreślić pewną kontynuację między grupą, w której się uczyłem, a grupą, którą miałem prowadzić.

Od lat jest Pan w Polsce, wcześniej był Pan w Anglii, gdzie właściwie powstała grupa?

Grupa została założona w Brazylii. Tam, gdzie prowadziłem zajęcia, powstawała kolejna grupa, a z czasem moi uczniowie również tworzyli grupy w miejscach, w których przebywali. Tak oto Esporão jest w kilku krajach w Europie – mamy grupę w Anglii, którą sam założyłem, na Ukrainie, w Niemczech. A jednocześnie nadal są uczniowie w Brazylii i kolejni uczniowie założyli grupę w Stanach.

Dlaczego nie został Pan przy rodzimej nazwie grupy, w której się Pan uczył?

Zaczynałem trenować dość dawno, w czasach, gdy obowiązywała zasada, że jeśli uczeń osiągał taki stopień w capoeirze, że mógł sam uczyć, to musiał założyć swoją grupę. Żaden mestre nie brał wtedy odpowiedzialności za to, co robi kolejna osoba, nawet jego uczeń. Oczywiście to nie oznaczało odcinania się od swojego mestre, nadal ważne było, skąd się wychodzi, ale rozpoczynało się uczenie na swój rachunek.

Teraz jest inaczej?

Tak, teraz w jednej grupie może być kilku mestre.

Niby więcej mestre, ale założyciel ma jednak większą odpowiedzialność. Jak to się dzieje, że jest tyle „szkół” w różnych miejscach świata i grupa jest swego rodzaju jednością?

To jest właśnie rola mestre, by być swego rodzaju odnośnikiem. Mestre musi być ojcem, przyjacielem i nauczycielem w jednym. To na mojej osobie kumulują się te wszystkie problemy, które mają profesorowie [professor – nauczyciel, stopień niżej niż mestre], z którymi się do mnie zgłaszają.

Poza tym moi uczniowie, którzy są już profesorami w innym zakątku świata, odwołują się cały czas do tego, co im przekazałem. Można powiedzieć, że capoeira zaistniała na świecie dzięki temu, że ma pewne stałe, od lat niezmieniające się elementy. I ta tradycja jest przekazywana.

Jakie to elementy?

Przede wszystkim niezależnie od tego, gdzie pojawia się capoeira, gdzie tworzona jest grupa, zawsze pojawia się język portugalski. W moim przypadku oczywiście całe zajęcia prowadzone są w tym języku, ale inni uczący mogą ograniczać się głównie do nazewnictwa, do pojęć, które są w capoeirze ważne. Tego się w zasadzie nie tłumaczy. Poza tym piosenki, które towarzyszą spotkaniom, też są po portugalsku.

Jest coś takiego, że tam, gdzie się prowadzi capoeirę, tam jest terytorium Brazylii. Capoeira niesie kulturę Brazylii. I nawet jeśli profesor nie jest Brazylijczykiem, jego zadaniem jest ją przekazywać. Dlatego każdy capoeirista powinien znać w jakimś stopniu język portugalski.

Powiedzmy jednak, że ktoś taki zaczyna prowadzić zajęcia w innym mieście – przecież Pan prowadzi w Warszawie, a kto inny z Grupy Esporão w Ząbkach czy Kobyłce. Zostawił też Pan uczniów, którzy są nauczycielami, w Londynie. Wystarczy tylko kontakt mailowy, by tę więź kulturową podtrzymywać?

Kontakt przez internet czy telefoniczny jest ważny, bo można go mieć na co dzień. I z pewnością ułatwia wiele rzeczy. Ale capoeira to przecież interakcja – również na poziomie ciała. Dlatego w miarę możliwości jeżdżę do osób tworzących grupę. W Warszawie mamy spotkania z osobami, które uczą tu i w pobliskich miastach. A przede wszystkim po to organizujemy festiwale – takie jak ten, który odbędzie się w ostatni weekend maja z udziałem capoeiristas z całego świata. To okazja, żeby się spotkać i tworząc rodę, razem grać…

Grać? Chodzi o instrumenty?

Chodzi o samą capoeirę. W capoeirze nie walczymy, my gramy capoeirę. Często uczniowie myślą, że chodzi o granie przeciw komuś. A tu chodzi o granie z kimś.

Dla jednych capoeira to sztuka walki, dla innych rodzaj tańca i sposobu na tworzenie wspólnoty…

Capoeira to coś więcej, a raczej coś ponad to. Jest sztuką walki, która jest połączeniem sportu, kultury. Jest kompletna, ma w sobie elementy wszystkich tych rzeczy, którymi najczęściej jest określana. Nawet jeśli ktoś ją traktuje jako sport, to w tym też jest pewna całość – ćwiczy w człowieku różne umiejętności: gibkość, siłę, wytrzymałość itd.

Ale capoeiristas często dzielą się ze względu na pewne nurty. Które podejście Pan wybrał?

Kiedyś była tylko capoeira. Nie istniały żadne podziały. Potem pojawił się podział na Capoeira Angola i Capoeira Regional. Najważniejszymi centrami capoeiry były Rio de Janeiro, Salvador i Pernambuco, ale ten podział był szczególnie silny w Salvadorze (teraz już aż tak nie jest). Mieszkałem 700 km od tego miejsca, od stolicy stanu Bahia, więc nie wyrastałem w tym klimacie. Podziały były mi obce i nigdy ich nie lubiłem. Chciałem po prostu trenować capoeirę. Zacząłem więc szukać, jeżdżąc od miejsca do miejsca, poznając różne szkoły. Miałem przyjaciół z jednej i drugiej strony. Jeździłem na różne festiwale i chłonąłem. Właściwie w capoeirze każda osoba ma swój styl i to się liczy.

No właśnie, czy nie jest tak, że każdy wnosi coś od siebie?

Tak, dlatego capoeira się tak rozrosła, grupy są tak różne. To nie jest sport, w którym obowiązują ramy, że wszystko jest ustalone stąd – dotąd. Możliwości jest mnóstwo i właściwie każda osoba wprowadza coś od siebie.

Natomiast, żeby móc powiedzieć o sobie, że jest się capoeirista, trzeba poznać każdy z tych nurtów, wiedzieć, jakie ogólnie są w nich zasady, by umieć się zachować w każdym otoczeniu. Każda grupa, każdy mestre ma swoje zasady – panujące np. w roda. I jeśli ktoś przyjeżdża na dany festiwal, powinien znać je, bo nieznajomość może być odebrana jako brak szacunku. Musi znać historię grupy, wiedzieć, do kogo jedzie.

Gdzie jest jednak ten element wspólny, skoro w capoeirze tak ważna jest tradycja, a jednocześnie wiele może się zmieniać pod wpływem osób tworzących grupę?

To kolejna rzecz poza językiem i muzyką, która jest zawsze, która musi się pojawić – ginga [wym.: żinga], czyli ten podstawowy krok. Mało tego – ginga to coś, co wyróżnia capoeirę spośród innych sztuk walki. To pozycja, która jest podstawą, która sprawia, że wykonując ją, już się jest w połowie jakiegoś kopnięcia. To zresztą jest maskowanie walki. Niby przyjmujemy jakąś neutralną pozycję, mamy uśmiech na twarzy, a z tej pozycji nagle możemy przejść do kopnięcia czy uniku.

Co znaczy samo słowo „ginga”?

Ginga to takie kiwanie się na boki, balansowanie.

Osoby zapisujące siebie czy dzieci na capoeirę kierują się różnymi motywacjami – jedni traktują to jako szkołę walki, inni po prostu jako zajęcia ruchowe, które nadają sprawności. Co Wy chcecie przekazać, ucząc capoeiry?

Nauczyciel chce najlepiej dla swojego ucznia. Na przykład capoeirę trenują osoby niepełnosprawne, które mają ogromne trudności z poruszaniem się. A w tym znajdują jednak radość życia, bo wykonują ją, jak potrafią, i czerpią z niej to, czego potrzebują.

Ktoś przychodzi na zajęcia, by nauczyć się walczyć, inny – tańczyć. W capoeira znajdą to wszystko. I każdy z nich podczas tych samych zajęć może brać z treningu to, co dla niego najważniejsze. Nie każdy musi skakać salta, nie każdy będzie świetny w graniu na instrumentach.

Ale już każdy gra capoeirę?

Tak. Moim zadaniem jako mestre jest nauczyć poprawnego wykonywania ruchów, postaw, kopnięć, które pozwolą potem wspólnie grać capoeirę. Oczywiście muzyka dyktuje rytm i w zależności od tego, jaka jest w danym momencie grana, to w taki sposób grają capoeiryści. Chodzi jednak o to, żeby uczniowie umieli grać z drugą osobą. Jak już mówiłem – współgrać, nie grać przeciwko sobie.

Zdarza się, że następuje jakieś spięcie energii, że osoby nie potrafią ze sobą współgrać, i tu też jest rola mestre, żeby to wychwycić, i albo przerwać, albo pozwolić na tę grę.

Wiek ani wzrost nie mają w tym znaczenia?

Nie, absolutnie. To właściwie tylko w Europie mamy taką sytuację, że zajęcia dla każdej grupy wiekowej prowadzone są oddzielnie. W Brazylii nigdy nie miałem takich podziałów. Takie wspólne granie poza podziałami wiekowymi czy tworzonymi ze względu na jakieś cechy fizyczne to niezwykłe doświadczenie. Osoby biorące w tym udział uczą się szacunku do innych, odpowiedzialności – możemy grać np. z osobą, która zaczyna, czy z dzieckiem i w żadnym z tych przypadków nie powinno być dla nas barier.

Kiedy poznałem mestre João Pequeno, miał on 86 lat i grał jeszcze cały czas. Oczywiście jako osoba w tym wieku wykonywał nieco inaczej różne ruchy, ale grając z nim, okazywało się do niego  szacunek – m.in. przez dostosowanie grania do jego wieku i możliwości.

Nie jest tak, że włącza się gdzieś jednak rywalizacja – taka pozbawiona nieco szacunku – i np. osoby w tym samym wieku próbują sobie wzajemnie coś udowodnić?

Naprawdę wszystko zależy od nauczyciela. Niestety bywa, że uczy on, iż patent na wiedzę i umiejętności, ale też na osiągnięcia ma tylko jeden mestre. To w moim odczuciu błędne założenie.  Tak nie powinno być. Podstawą jest szacunek i otwartość.

Capoeira to w Pana przypadku praca?

Do końca nie wiem, czy to ja wybrałem capoeirę, czy ona mnie wybrała. Natomiast mogę powiedzieć, że jako zawód jest to najlepsza opcja, jaką mogę mieć. Dzięki capoeirze mogłem podróżować, poznać inne kultury, rozwijać się. Teraz z pewnością jest moją filozofią życia. I spośród różnych rzeczy, które robiłem, to jest najlepsze rozwiązanie.

Na koniec pytanie o ważne wydarzenie – festiwal to czas wspólnego grania, rody, wzajemnego uczenia się, ale też batizado, czyli zdobywania kolejnego poziomu w capoeira.

Festiwal to pewien rodzaj podsumowania roku treningów, kiedy uczniowie dostają swoje stopnie. Jest to również szansa na poznanie różnorodności capoeiry (warsztaty prowadzą instruktorzy pochodzący z różnych krajów, reprezentujących różne style gry), poznania innych ludzi, którzy dzielą tą samą pasję. Zapraszamy wszystkich na sobotni pokaz w Warszawie pod kolumną Zygmunta już od 18.00. Natomiast w niedzielę, o godz. 14.00 w hali sportowej przy Jagiellońskiej 7 będzie można wziąć udział w otwartym treningu.

Ale festiwal przewiduje coś jeszcze – imprezę stworzoną z myślą o wspieraniu organizacji Movimiento Esporão. Proszę powiedzieć co nieco o tym, jaki jest tego cel.

To dla nas bardzo ważna impreza, bo chodzi wręcz o ratowanie młodych ludzi. Parę lat temu założyliśmy z bratem fundację, która skupia się na budowaniu szkoły dla dzieci ulicy w naszym rodzinnym Eunapolis. Wielu młodych ludzi w Brazylii stoi przed wyborem: żyć w biedzie lub wejść w świat handlu narkotykami. My mamy teraz możliwości zrobienia różnych rzeczy, które im pomogą mieć lepszy start. Moi uczniowie, którzy kontynuują moją pracę w Eunapolis, chcieliby pokazać dzieciom i młodzieży, że są jeszcze inne opcje. W sobotnią noc można się więc nad Wisłą pobawić przy dobre muzyce i jednocześnie pomóc wielu młodym ludziom, dać im możliwość większego wyboru.

Udanego, a przede wszystkim owocnego festiwalu życzę i dziękuję za rozmowę.

Również dziękuję.

(mech)

h.maliszewska@mazowszanie.eu 29-5-2015
ikonka jak dojechać

Dziękuję za pomoc w przeprowadzeniu wywiadu, przede wszystkim w tłumaczeniu, pani Marcie Pawluczyk.

Komunikat

Brak komentarzy dla tego wpisu

Fotogaleria

Strona używa cookie

Zamknij

Original text