Województwo mazowieckie

Do zakochania jeden sport - CrossFit
ikonka - drukuj drukuj
  • ikonka 21 lipiec-30 wrzesień 2015
ilustracja

Zaczęło się od spontanicznego flirtu, potem romans, a teraz… Chyba miłość na całe życie. Nie, mój mąż nie jest zazdrosny. On też – może nie aż tak bardzo jak ja – lubi CROSSFIT.

Nie do wiary

Gdyby ktoś jeszcze rok temu powiedział mi, że będę jak na skrzydłach biegać na treningi, z pewnością bym nie uwierzyła… Nigdy nie byłam typem sportowym. Nie lubiłam lekcji WF-u ani w podstawówce, ani w liceum (Uwaga! W moich czasach nie było jeszcze gimnazjum – co wskazuje, że do najmłodszych nie należę). Później, już w dorosłym życiu, zdarzały mi się chwile, kiedy postanawiałam wziąć się za siebie. Kilkakrotnie zaczynałam chodzić na zajęcia fitness, basen itp., ale zawsze kończyło się to tylko słomianym zapałem.

Aż wreszcie w moim życiu pojawił się on – CROSSFIT.

CROSSFIT to program treningu siłowego i kondycyjnego stworzony przez Amerykanina Grega Glassmana w połowie lat dziewięćdziesiątych. Ćwiczenia wykonuje się bardzo intensywnie, opierają się one na ruchach wielostawowych i wielomięśniowych. Trening obejmuje wiele dyscyplin. Łączy w sobie elementy sportów wytrzymałościowych, siłowych oraz gimnastyki.

Trudne początki

Jak to się zaczęło? W zeszłym roku zupełnie nieświadoma tego, co mnie czeka, pojechałam na obóz crossfitowy organizowany przez warszawski box (takim mianem określa się crossfitową siłownię / klub) No Limit Ursus. Skąd ten dziwny pomysł? Cóż, zupełnie spontanicznie przystałam na propozycję mojej koleżanki, która znalazła stosowną ofertę w internecie. A że często wakacje spędzamy razem z naszymi dzieciakami, pomysł wydawał się fajny. Treningi dla dorosłych, dodatkowo zajęcia sportowe i plastyczne dla dzieci (więc nie będziemy cały czas obarczone opieką nad w sumie czwórką naszych łobuzów – bosko!)… No to w drogę!

Już po pierwszej porannej przebieżce pomyślałam: „Umrę! (padło wtedy też wiele niecenzuralnych słów, które pozwolę sobie w tym momencie pominąć)”, a przede mną było jeszcze 10 dni z 3 treningami każdy. Nie miałam pojęcia, czym jest ten CrossFit, wszystko poznawałam od początku: jak prawidłowo robić przysiady, wykroki, jak trzymać sztangę (na marginesie: miałam problem z podniesieniem samego gryfu damskiej wersji tego przyrządu), jak oddychać przy machaniu kettlebellem (czyli takim żeliwnym odważnikiem, który wygląda jak czajnik, a może raczej jak kula armatnia) itd. Odstawałam od całej grupy pod względem siły, wytrzymałości, koordynacji. Porażka na każdym polu. Ówczesne zakwasy – do dziś pamiętam ten ból. Hektolitry wylanego potu. Oddech przyspieszony do maksimum. I co?

Owocna kontynuacja

I strasznie mi się to spodobało! Konsekwentnie  uczestniczyłam w każdym treningu, słuchałam trenerów (przyznali mi się później, że obstawiali, iż szybko się poddam – rzeczywiście musiałam sprawiać wrażenie ostatniej łamagi) i uczyłam się nowych rzeczy. A po powrocie od razu wykupiłam roczny karnet na zajęcia. I nie wyobrażam sobie teraz życia bez sportu. Wciąż robię małe postępy i przekraczam własne granice siły, sprawności i wytrzymałości – może powoli, drobnymi kroczkami, ale nie jestem przecież wyczynowcem. Przede mną jeszcze długa droga, wiele umiejętności do zdobycia, ale już się na to cieszę.

Mam za sobą już drugi obóz crossfitowy. Znów udało mi się przekroczyć kolejne swoje sportowe granice. Sztanga coraz cięższa, bieg coraz dłuższy, pompki już w wersji męskiej (czyli bez podpierania się na kolanach). Może za rok uda mi się zrobić pompkę w staniu na rękach?

Co pociąga mnie w CrossFicie?

CrossFit to przede wszystkim prostota. W boksie nie ma skomplikowanych przyrządów, maszyn, bieżni. Tylko sztangi, drążki, kółka, kettle… Ćwiczenie też nie są jakoś specjalnie „udziwnione”. Trzeba tylko nauczyć się prawidłowej techniki i… do roboty! Pamiętam z czasów, kiedy próbowałam różnych zajęć w klubach fitness, że zmorą była dla mnie choreografia wykonywanych ćwiczeń (te wszystkie obroty, podskoki, przekręty, wygibasy o angielskich nazwach). Gubiłam się wcześniej niż w połowie i do końca zajęć pozostawało mi tylko przeskakiwanie z nogi na nogę. Koszmar!

CrossFit to intensywność wykonywanych ćwiczeń i różnorodność. Każdy trening jest inny, nie za długi. Nie ma szans na nudę, popadanie w rutynę i zniechęcenie.

CrossFit to przede wszystkim wspaniali ludzie. Nigdy nie dali mi odczuć, że jestem gorsza od nich (a przecież to oczywiste – zwłaszcza na początku mojej przygody z tym sportem). Dopingowali. Dawali pomocne rady. Wspierali. Motywowali.

CrossFit to zmiana, jaka zaszła we mnie. Czuję się bardziej pewna siebie, ładniejsza, odważniejsza, śmielsza i gotowa na nowe wyzwania.

CrossFit to świetna zabawa! Polecam!

Anna Kapuścińska 21-7-2015

Zdjęcie: No Limit - CrossFit Ursus 

Komunikat

Brak komentarzy dla tego wpisu

Fotogaleria

Strona używa cookie

Zamknij

Original text