Województwo mazowieckie

Być jak Messi
ikonka - drukuj drukuj
  • ikonka 30 marzec 2015-31 grudzień 2016
ilustracja

Polacy kochają piłkę, a tą miłością zarażają swoje dzieci. Według danych GUS w klubach sportowych na Mazowszu trenuje blisko 15 tys. chłopców i dziewcząt. Kim więc powinien być trener? Sportowym autorytetem czy wychowawcą? Jaka jest recepta na sukces – i ten trenerski, i ten na boisku? – pytamy byłego zawodnika Legionovii, obecnie trenera – Tomasza Wawrzyniaka. 

O czym pan marzył jako dziecko?

Oczywiście o tym, żeby zostać najlepszym piłkarzem na świecie (śmiech).

Dziś jest pan trenerem.

Tak. Już w dzieciństwie wiedziałem, że moja przyszłość będzie związana ze sportem. W liceum zdecydowałem, że będę studiował wychowanie fizyczne. Po drodze pojawiła się możliwość zrobienia uprawnień instruktorskich, później trenerskich. I tak to się wszystko zaczęło.

Pamięta Pan swoją pierwszą drużynę?

Oczywiście.  To było 8 lat temu. Miałem wtedy jakieś 22 lata i studiowałem, a pierwsze treningi odbywały się w Legionowie z rocznikiem ’98.  

Lepiej być trenerem czy zawodnikiem? A może da się połączyć jedno z drugim?

To są dwie zupełnie różne role. Są ludzie, którzy próbują pogodzić jedno z drugim. Są zawodnikami i trenerami jednocześnie. Ja  myslę, że lepiej robić jedną rzecz bardzo dobrze niż dwie byle jak. Jeśli ktoś chce być świetnym trenerem musi się całkowicie zaangażować w pracę z dziećmi, w przygotowania do zawodów. Nie można tylko przyjść na trening, odbębnić swoją pracę i wziąć za to pieniądze. Ktoś, kto jest zawodnikiem, wie ile czasu zajmują treningi i zgrupowania. Do tego dochodzi szkoła, potem studia i praca. To ciężki kawałek chleba. Lepiej oddzielić te dwie rzeczy i robić jedną z nich porządnie.  

Mimo dość młodego wieku ma pan na swoim trenerskim koncie duże sukcesy. Jak to się robi?

Nie przesadzajmy. Najbardziej cieszę się z ubiegłorocznego Mistrzostwa Polski rocznika ’98 kadry wojewódzkiej Mazowsza. Byłem jednym z ich trenerów. Poza tym świetnie pracowało mi się również z rocznikiem 98 w klubie Legionovia. Teraz z nimi już nie trenuję, bo przechodzą do grupy seniorów, a tym samym są bliżej pierwszego zespołu. Ale w sumie spędziliśmy razem 7 lat i sporo udało nam się osiągnąć. Kilku chłopców trenuje teraz z pierwszym zespołem, kilku w drugim zespole Legionovii i można powiedzieć, że zaczyna być o nich coraz głośniej. Wydaje mi się, że jest to też jakiś powód do dumy.

A jak praca trenerska wygląda na co dzień – ile drużyn ma Pan dziś pod swoją opieką?

Teraz trenuję rocznik 2005. Chłopcy są podzieleni na dwie grupy – A i B – ponieważ jest to bardzo liczny zespół. W sumie jest 40 młodych piłkarzy. Muszę przyznać, że praca z nimi daje mi mnóstwo satysfakcji. Już teraz widzę kilku dobrze rokujących zawodników. Mam nadzieję, że w przyszłości będą aspirować do gry w pierwszym zespole Legionovii, a kto wie, może jeszcze wyżej. Wtedy będzie jeszcze fajniej. Do ubiegłych wakacji prowadziłem jeszcze rocznik ’98. Teraz jestem z nimi w stałym kontakcie. W końcu to moja pierwsza drużyna i jesteśmy ze sobą bardzo zżyci.

Pańscy podopieczni mają w tej chwili po dziesięć lat. Jaki wiek jest najlepszy na rozpoczęcie przygody z piłką nożną?  

W naszym klubie najmłodsi są chłopcy z rocznika 2008. W tej chwili mają 7 lat, ale gdy zaczynali mieli po 6.  Z roku na rok grają w coraz starszych grupach wiekowych i w wieku ok. 18 lat przejdą do grupy seniorskiej. Ale to przejście jest płynne, bo może się zdarzyć, że chłopak, który ma 16-17 lat  trenuje już z seniorami, a seniorem, zgodnie z metryką, nie jest. Za to wyróżnia się wśród innych zawodników.

A jeśli ktoś odkryje w sobie pasję piłkarską w wieku 13 lat i zechce grać w piłkę, to ma szansę na zostanie dobrym zawodnikiem?

Może, ale powinien mieć w sobie „to coś”. Najważniejszy jest talent. Jeśli grał z chłopakami w piłkę na boisku, to szanse są. Jeśli natomiast nigdy wcześniej jej nie kopał, szanse są nikłe.

Skoro mowa o talencie, to jakie cechy, zdolności powinno posiadać dziecko, aby – jak to się mówi – dobrze rokowało?

Bez odpowiednich predyspozycji niewiele da się zrobić. Na pewno trzeba mieć dobrą koordynację i zdolności motoryczne takie jak szybkość, zwinność, gibkość. Wszystko można wprawdzie wytrenować, ale im większe zdolności ma dziecko, tym lepiej. Poza tym trampkarz musi mieć w sobie „to coś”. W przeciwnym razie, nawet jeśli będzie trenować wiele lat, może się okazać, że osiągnie pewien poziom i niestety wyżej nie przeskoczy.

Ale żeby być dobrym piłkarzem nie wystarczy chyba grać tylko w piłkę. Potrzebne są też inne zajęcia rozwijające. Jakie?

To prawda. Moja drużyna ma na przykład zajęcia z tańca oraz rehabilitację. To był mój pomysł.  Zajęcia z tańca to rytmika, nauka koordynacji i czucia własnego ciała w jednym. Na pewno im się to przyda i poza boiskiem. Rodzicom też się spodobał ten pomysł. Wprowadziłem też zajęcia z rehabilitacji. Sam nie miałem takich lekcji, co z perspektywy postrzegam jako błąd. Mamy w Legionowie nowoczesne boisko, ale ze sztuczną nawierzchnią, a to niestety nie wpływa dobrze np. na stawy. Poza tym lekcje wf-u w szkołach też wyglądają różnie. Nauczyciele nie zawsze zwracają uwagę na postawę swoich podopiecznych i pojawiają się problemy z kręgosłupem. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdy z tych chłopców w przyszłości będzie piłkarzem. Jednak nawet, jeśli nie będą zawodowymi sportowcami, to te zajęcia po prostu się im przydadzą w życiu.  

A co z siłownią?

Siłownia nie wcześniej niż w wieku 16 lat. Obciążenia powinny być niewielkie. Dobrym pomysłem jest za to basen. Często namawiam też chłopców, by w wolny weekend wyciągnęli rodziców na rower czy spacer. Niemal każda dyscyplina sportu może być urozmaiceniem treningu piłkarskiego.

Chodzi o poprawę kondycji, tak? Czy to właśnie kondycja i sprawność fizyczna są najważniejsze?

Owszem są ważne, ale nie najważniejsze. Do tego trzeba mieć odpowiednie warunki psychiczne. Dużo zależy od mentalności, odporności na stres i inteligencji.

A propos stresu – czy takie 7-letnie maluchy już rywalizują z innymi zespołami?

Dla takich dzieciaczków organizujemy raczej różnego rodzaju turnieje towarzyskie, trochę na zasadzie zabawy z piłką, a nie zawodowej rywalizacji. Dzieci mają się przede wszystkim dobrze bawić. Chcemy ich zarazić miłością do sportu i piłki nożnej. To ma być dla nich frajda. W klubach pracują doświadczeni ludzie i nie wysyłają np. 7-latków na zawody, w których stawką jest mistrzostwo Polski. Na takie rozgrywki przyjedzie jeszcze czas. Taka jest nasza filozofia. Najpierw oswajanie z piłką, zabawa, a później rywalizacja. Teraz na przykład z rocznikiem 2005 gramy w tzw. lidze zimowej. Nie ma punktów, liczy się tylko to, żebyśmy się fajnie bawili. Na koniec każdy dostaje jakiś upominek, nagrodę i to jest super. Wszyscy są równi. Nieistotny jest wynik meczu. Liczy się dobra zabawa.

A jak dzieci radzą sobie z tremą? Olbrzymie boisko, rodzice i obcy na trybunach. Setki oczu wpatrzonych w zawodników. Groza!

Bywa bardzo różnie. Wszystko zależy od osoby. Etap przyzwyczajania się do tremy zaczyna się już na treningach, a nawet powiedziałbym, że na podwórku. To tu dzieci stykają się z rywalizacją po raz pierwszy. Poza tym, wiele zależy od rodziców. Jest wiele dzieci, które wychodząc na mecz nie zwracają uwagi na to, co dzieje się dookoła, bo skupiają się na grze. Dla nich nic poza piłką się nie liczy. Są jednak też takie dzieci, które nie słuchają trenera, bo natychmiast odwracają się w stronę siedzących na trybunach rodziców, którzy akurat wykrzykują ich imię. Stają wtedy jak wryte i nie wiedzą, co mają robić. Dlatego staram się uczulać rodziców, aby unikali takich zachowań. Często sami nie są ich świadomi. Górę biorą po prostu emocje, a to źle wpływa na dzieci.

A co w takim razie im pomaga, motywuje?

Jeden przyjdzie na trening, bo powie, że chce grać jak Ronaldo i będzie do tego dążył. Drugi po to, by być lepszym od kolegi. Najlepszą motywacją jest po prostu miłość do piłki. Olbrzymią rolę odgrywają tu też rodzice. Jeśli w zdrowy, fajny sposób pomagają, wspierają i chwalą – dzieciak czuje się pewnie i granie sprawia mu przyjemność. Gra dla siebie, a nie dla rodziców. Ważna jest też atmosfera w drużynie. Najważniejszy jest zespół.

Ale pewnie i tak połowa marzy o byciu Messim czy Ronaldo? Można wytrenować taką gwiazdę? Czy to jednak kwestia talentu – iskry bożej?

Myślę, że w grę wchodzi tu wiele czynników. Ważne są chęci zawodnika i jego rodziców, dobry trener, dobra baza treningowa, talent, ciężka praca, ale i szczęście. Może się okazać,  że bardzo utalentowany chłopiec będzie grał w małej miejscowości i nikt go nigdy nie dostrzeże. Inny z kolei zostanie wypatrzony na turnieju. Nagle zaczyna robić zawrotną karierę i gra w jednym z lepszych zespołów. Zaczyna się przygoda i kariera.

Czyli jednak – lepiej posłać dziecko do większego klubu?

Trudno mi powiedzieć. Teraz jest dużo szkółek dziecięcych, gdzie trenują chłopcy od 6 do 12 roku życia. Wszyscy jednak prędzej czy później trafią z mniejszych do większych klubów. 

Czy widać różnicę w poziomie gry, gdy te dzieci spotkają się już w dużym klubie? Czy to zależy od klubu czy od trenera?

Od wszystkiego po trochu. Porównajmy Legionovię z klubem z np. Wieliszewa. Ja na treningu mam 40 chłopców, z czego uzdolnionych, po których widzę, że coś z nich będzie, jest 15.  W Wieliszewie będzie ich 2, bo tam jest po prostu mniej zawodników. Ale porównując Legionowo z Warszawą, gdzie dzieci jest jeszcze więcej, skala działa już na nasza niekorzyść. Ja z 60 osób w ciągu 4 lat wybieram 20, w które moim zdaniem warto inwestować. Klub typu Legia ma w ciągu roku 500 chłopców, z których wybiera najlepszych. Potem zderzenie Legionovii z Legią wypada na naszą niekorzyść (choć nie zawsze – co tym bardziej cieszy!). Trzeba też pamiętać, że najzdolniejsi zawodnicy z mniejszych klubów są wyławiani przez te większe. Kluby z ekstraklasy, takie jak Lech, Legia, Jagiellonia czy Wisła mają skautów, którzy jeżdżą po Polsce i z mniejszych klubów zabierają lepszych zawodników do siebie. Ważny jest więc udział w turniejach. Jednak ważne, aby w tym wszystkim zachować zdrowy rozsądek. Dzieci na tym etapie powinny grać dla własnej przyjemności, a nie po to, aby realizować czyjekolwiek ambicje.

Kim więc powinien być trener? Wychowawcą, autorytetem, mentorem, nauczycielem, czy może przyjacielem?

Moim zdaniem każdą z tych osób po trochu. Na treningu powinien być autorytetem. Powinien umieć grać w piłkę, by dziecko wiedziało, że może się wiele od niego nauczyć. Można sobie poradzić prosząc zawodnika by pokazał reszcie na czym polega „żonglerka”, „kopnięcie” czy „przejęcie”, ale to pozostawia pewien niesmak.

Podsumowując – Pańska recepta na dobrą drużynę?

Nie mam takiej recepty, ale myślę, że trzeba mieć szczęście i trafić na utalentowaną grupę, która chce ciężko pracować. Może to dziwnie brzmi, bo ja akurat trenuję małe dzieci, ale jeśli nie będą chciały się rozwijać, to możemy robić cuda, a sukcesu i tak nie odniesiemy. Na pewno potrzeba do tego dobrych chęci dzieci, rodziców, trenera, klubu i miasta. Póki co, u nas to wszystko jest. Więc jest dobrze.

Dziękuję za rozmowę. 

Elcia

e.albrechcinska@mazowszanie.eu 30-3-2015
Komunikat

Brak komentarzy dla tego wpisu

Fotogaleria

Strona używa cookie

Zamknij

Original text